– ROZDZIAŁ XXXVI –
BURZA NAD LASEM
Dopiero po pół godzinie Daniela odczytała SMS-a
Alice i odsłuchała jedną wiadomość. Miała wyciszony telefon, który wrzuciła do
wnętrza torebki i nie pomyślała zupełnie, by sprawdzić, czy ktoś do niej
przypadkiem nie dzwonił. Chciała miło spędzić czas z Nathanielem, nie
przejmując się niczym.
Pewnie nie sprawdziłaby telefonu przez następne
pół godziny gdyby nie zauważyła, że Nessie nie ma w parku. Daniela przechadzała
się wtedy wraz z Nate’em pod sceną, rozmawiając żywo o swoich najlepszych
wakacjach. W pewnej chwili spostrzegła, że na scenie pojawiają się kolejno
wszyscy członkowie zespołu Hotheaded,
sprawdzając swoje instrumenty i mikrofony, jednak Nessie tam nie było. Wydało
jej się to dziwne, ponieważ przyjaciółka przed ważnym koncertem dość długo przygotowywała
się do występu.
Kiedy się rozejrzała, zobaczyła jedynie Jaspera,
rozmawiającego z liderem zespołu. Wyglądało to, jakby chłopak coś tłumaczył
zmartwionemu rozmówcy. Daniela poczuła dziwne zdenerwowanie. Przejechała
wzrokiem po tłumie i zauważyła również, że brakuje jej dwóch pozostałych
przyjaciółek. I właśnie wtedy wyjęła telefon.
Wiedziała, że nie może powiedzieć prawdy Nate’owi,
dlatego skłamała, że boli ją głowa i woli wrócić do domu. Nie wydał się przekonany,
bowiem jeszcze chwilę wcześniej rozmawiała i śmiała się, będąc w najlepszym
humorze. Nie kwestionował jednak niczego i zaproponował, że ją odprowadzi.
Nie było jej to oczywiście na rękę, bo, prawdę
mówiąc, zamierzała pobiec prosto do Gritmore. Przecież straciła i tak już za
dużo czasu. Musiała jednak zboczyć z trasy, prowadzona przez Nathaniela.
Gdy stanęli przed drzwiami jej domu, obrócili się
do siebie twarzami.
–
Dzięki za podprowadzenie – powiedziała, starając się brzmieć rzeczywiście jak
osoba, która ma dość atrakcji na dziś z powodu bolącej głowy. – Żałuję, że nie zostaliśmy na koncercie.
–
Ja też – przyznał. – Ale odpoczywaj. Pójdziemy innym razem.
Uśmiechnął się, więc i ona się uśmiechnęła.
Perspektywa, że zamierzają iść jeszcze kiedyś razem na koncert, podobała jej
się niezmiernie.
–
Jeszcze raz dzięki – powtórzyła i poruszyła się
nerwowo. Głową cały czas była w Gritmore.
Początkowo zawahała się, jednak potem pewnie
stanęła na palcach i pocałowała go w policzek.
– Cześć
– powiedziała.
–
Cześć – odpowiedział, lekko
zaskoczony, jednak po sekundzie uśmiechnął się szeroko.
Zamknęła za sobą drzwi i patrzyła przez kuchenne
okno, kiedy Nate oddali się na tyle, by mogła wyjść z domu. Gdy tylko zniknął
za zakrętem, wybiegła z domu jak huragan i pędziła przez całą drogę tak szybko,
że była przekonana, że nigdy nie biegła jeszcze w życiu tak prędko.
Gdy tylko wyszli z Gritmore, przywitała ich
przerażająca burza. Deszcz padał wielkimi kroplami, nie pozostawiając na ich
ubraniach ani skrawka suchego materiału w ciągu dwóch minut.
–
To nie wróży nic dobrego – mruknęła Elsa pod nosem.
I miała rację, każdy musiał jej to przyznać.
Zjawisko to nie przypominało bowiem normalnej, naturalnej burzy. Grzmoty i
błyski pojawiały się co kilka sekund, a porywisty wiatr targał drzewami z
imponującą łatwością. Wydawało się, jakby burza obwieszczała swoją postacią
jakieś niecodzienne i niezwykle istotne wydarzenie. Wręcz stanowiła bunt
przeciwko czemuś, co nie było zgodne z naturą.
Każda z dziewczyn potrafiła powiedzieć, o co
chodziło.
Nie przeszli nawet dwustu metrów, kiedy doszli do
źródła przerażającego porywu natury spowodowanego atakiem nieprzyjaciela.
Miały rację. To Bryantowie stali za kradzieżą
zegarka i, choć nie wiadomo było w jaki sposób tego dokonali, było pewne, że
zaraz zamierzają rozpocząć rytuał. Nauczyciel i jego brat stali blisko starego dębu,
zasłaniając przedramionami swoje czoła,
by ochronić oczy przed silnym wiatrem. Obok nich, tuż przy rozpalonym ognisku,
nad którym w powietrzu wisiało naczynie, stała Roseann, z rękami opuszczonymi
do dołu, jednak z dłońmi rozpostartymi. Wokół nadgarstka prawej kończyny wił
się spleciony naszyjnik z tarczą zegara. Głowę miała lekko przechyloną do tyłu,
a wyrastające z niej włosy tańczyły wraz z wichurą.
Wyglądało to jak bitwa natury i czarownicy. Niebo
ciskało w ziemię pioruny, ziemia zaczynała się trząść, ogień rozpalał się coraz
wyżej, a wicher wirował między drzewami, jakby chciał przemienić się w huragan.
Wytworzyła się jakby bariera z kręcącego się z zawrotną prędkością wiatru
między nią, Bryantami i ogniskiem, a przybyłymi czarownicami. Porywy natury
jednak nie zwaliły z nóg czarownicy. Przeciwnie –
wydawało się, jakby czerpała z nich energię. Jakby walczyła, wykorzystując
naturę przeciwko niej samej. Głos Roseann z każdą sekundą stawał się coraz
bardziej doniosły, a ona sama stawała się coraz bardziej oderwana od
rzeczywistości. Jej oczy stały się zupełnie białe, a nogi wbiły się głęboko w
ziemię.
Melanie doskonale zdawała sobie sprawę, co przed
chwilą działo się na tym miejscu. Jakiś czas temu i ona była tutaj, przywiązana
do krzesła, by zginąć podczas rytuału. Choć odzyskała przytomność dopiero po
chwili, potrafiła sobie przypomnieć, że Roseann tamtego dnia zaczynała od
przywoływania żywiołów. Wtedy wyglądało to całkiem zwyczajnie, więc teraz
musiał być to końcowy etap przywoływania.
Simon Bryant spodziewał się przybycia czarownic i
wydawał się być z tego powodu niezmiernie zadowolony. Mimo wiatru można było
spostrzec na jego twarzy chytry uśmieszek już z daleka.
–
Przybyliście – zawołał, próbując przekrzyczeć
wszystko dookoła.
Nikt mu nie odpowiedział. Wszyscy zdawali sobie
sprawę, że należy przystąpić do planu. Każdy ustawił się na swoich miejscach,
jednak nie mógł niczego dokonać. Elsa nie przewidziała bowiem powstania bariery
z wiatru, dlatego nie można było wykorzystać planu, polegającego na ataku
ludzi. Należało najpierw usunąć lub opanować wicher.
–
Ustawcie się w koło! – zarządziła Elsa i nikt nie
kłócił się z jej rozkazem. Każdy zaczął ustawiać się dookoła bariery, coraz
szybciej kręcącej się dookoła Bryantów i Roseann. Wiatr wiał szybko, odpychając
wszystko co zbliżało się do niego. Czarownice, Damian i Rick musieli przybliżyć
się do niego jednak jak najbliżej, by złapać się za ręce, wytwarzając krąg.
Dopiero po chwili im się to udało.
–
Teraz nie puszczajcie! – zawołała Elsa. – Wiecie co robić!
Krąg, wykorzystanie całej jego mocy przez
połączenie magii jednostek był poważną bronią. Działający w zgodzie z naturą
był w stanie przywrócić spokój powietrzu i ziemi, jednak tylko gdy działał
jednogłośnie.
Teraz jednak tak nie było. Ktoś wykonywał inne zaklęcie
niż reszta, osłabiając jego moc. Zdrajca, który ukradł naszyjnik, był tutaj,
wśród nich.
I właśnie wtedy przybiegła na miejsce Daniela.
–
Daniela! – zawołała Nessie, obracając
lekko głowę.
–
Choć, szybko, złap moją dłoń – krzyknęła w tym samym czasie
Alice.
Dziewczyna chwilę później znalazła się przy nich,
starając się włączyć w krąg. Jednak na próżno. Między Alice, a stojącą obok
niej Brendą, nie można było rozerwać uścisku, by przyłączyć Danielę.
–
Kto nam przeszkadza?! – wrzasnęła Elsa, starając się
rozglądnąć o kręgu, szukając zdrajcy, jednak nie mogła tego uczynić. Wicher
zbyt mocno wiał, by mogła zobaczyć
cokolwiek po drugiej stronie kręgu.
Daniela przeszła kawałek dalej, chcąc przyłączyć
się między Nessie a Rickiem, jednak również nie była w stanie nic zrobić.
Uścisk dłoni między wszystkimi członkami kręgu stał się tak silny, że nie można
było go rozerwać mimo ich usilnych prób.
–
Proszę, kimkolwiek jesteś – zawołała Elsa – przerwij to zaklęcie!
Zdrajca jednak nie uczynił tego. Wśród nich ktoś
ciągle wykonywał inne zaklęcie i stawało się ono coraz silniejsze. Każda z
dziewczyn poczuła, jak powoli ustępuje z niej moc. Gdy krąg był związany, nawet
będąc niepełny, jedyną możliwością by go osłabić, było działać od wewnątrz.
Nikt stojący obok, ani Simon, ani Herald, ani nawet Roseann nie byliby w stanie
rozerwać kręgu, gdy już został połączony przez splecenie dłoni. Jednak wróg
wewnątrz kręgu był w stanie nie tylko osłabić jego moc, ale także zadziałać
destrukcyjnie przeciwko niemu samemu. Był w stanie go unieszkodliwić.
Wydawało się, że Roseann skończyła przywoływać
żywioły, bo nagle zamilkła, a jej milczenie stało się jeszcze bardziej
przerażające od złowróżbnych odgłosów. Jej oczy były ciągle białe, jednak
spojrzała na krąg i wyciągnęła otwartą dłoń przed siebie.
W tym momencie czarownice, dzięki zaklęciom
zdrajcy, były zbyt osłabione, by mogły przeciwstawić się Roseann lub by się
obronić. Ich ręce ciągle były połączone żelaznym uściskiem, którego nic nie
było w stanie przerwać. Wicher nagle zawirował szybciej, wciągając je wszystkie
do wnętrza. Zaraz po tym, Roseann z łatwością powaliła czarownice, Ricka i
Damiana.
Na ciągle drżącą przerażająco ziemię nie upadły
tylko dwie osoby. Daniela, której nie udało się przyłączyć do kręgu, ani
wzmocnić go od zewnątrz, stała bezradna obok, za kurtyną wichru, patrząc jak
jej przyjaciele padają jedni po drugich. Gdy Nessie ostatnia upadła na ziemię,
Daniela chciała się rzucić na Roseann, powalić ją, zranić, a być może nawet i
zabić. Wycelowała w nią najbardziej poważne zaklęcie, na jakie było ją stać i
cisnęła nim w kobietę. Nie przedarło się jednak ono przez wietrzną barierę.
Przystąpiła krok do niej, a wtedy serce Danieli na chwilę zamarło.
To nie Roseann bynajmniej ją przeraziła. To osoba,
która jako jedyna z kręgu nie upadła na ziemię. Stała po drugiej stronie
bariery i choć trudno było dostrzec dokładnie jej twarz, Daniela nie miała
wątpliwości kto był zdrajcą.
Początkowo nie mogła wykrztusić ani słowa. Dopiero
po chwili chciała się rzucić w wicher i złapać swoją babcię za rękę i zapytać
ją dlaczego.
Brenda jednak nie patrzyła na nią, nie miała nawet
głowy odwróconej w jej stronę. Oczy miała wetknięte jedynie w ogień, buchający
ostrym żarem.
–
Dlaczego? – wychrypiała w tym samym czasie
Elsa, zmroczona osłabieniem i upadkiem, łapiąc przyjaciółkę za kostkę.
Brenda spojrzała w dół na twarz Elsy i choć matka
Damiana mogłaby podejrzewać, że przyjaciółka jest choć trochę skruszona swoją
zdradą, żadne wyrzuty sumienia nie pojawiły się na twarzy kobiety. Stała
dumnie, ale nie wyniośle, lekko zgarbiona poprzez swój wiek, ze skrupulatnym
kokiem na głowie. Wyrwała nogę z uścisku Elsy.
–
Jestem chora – wyjaśniła lakonicznie. – A nie chcę umrzeć.
Daniela nie miała pojęcia, że jej babcia chorowała
i tym bardziej że, sądząc po jej słowach, śmiertelnie. Choć w jakiś sposób
mogłoby to wytłumaczyć zdradę, ona nie potrafiła tego zrozumieć. Nie wierzyła,
że babcia byłaby w stanie porzucić wszystko to, na czym opierała swoją magię,
tylko ze względu na strach przed niechybną śmiercią.
–
I tylko dlatego chcesz poświęcić jedną z nas? –
wysapała Elsa, starając się podnieść. – Chcesz zniszczyć wszystko, by
stać się nieśmiertelną? By nie umrzeć?
Brenda tylko zacisnęła wargi i nie odpowiedziała.
Odwróciła się i podeszła do Bryantów.
–
Zrobiłam wszystko o co mnie prosiłeś – zwróciła się do Simona słabym
głosem. – Teraz ty dopełnij obietnicy.
Kiwnął głową z przerażająco tryumfującym uśmiechem
na twarzy.
–
Lepiej wybierz ofiarę – warknęła Roseann, wyraźnie
zniecierpliwiona.
Elsa zaczęła podnosić się na kolana, kiedy
podszedł do niej Herald.
–
Nie próbuj nawet wstawać – rzekł złowieszczo, po czym
sięgnął do kieszeni i obsypał ją, a następnie wszystkich dookoła, pyłem, który
z wyciągnął ze spodni.
–
Jeśli myślisz, że tym mnie unieszkodliwisz –
powiedziała Elsa, stojąc już na nogach – to jesteś głupszy niż
myślałam.
Wycelowała w niego zaklęcie osłabiające, a ono
natychmiast zadziałało. Kobieta wiedziała, że niebawem przestanie działać,
jednak miała za mało siły, by stworzyć sama coś większego. Zdradzieckie
działanie Brendy zbytnio je osłabiło.
Zaraz po Elsie zaczął podnosić się Rick, Roxana i
Nessie, a potem pozostałe osoby. Z twarzy Simona natychmiast zbladł szeroki
uśmiech. Nie spodziewał się, że czarownice zażyją antidotum na roślinę, która
hamuje magię. Spojrzał przerażony na Roseann, która wrogo patrzyła na
wszystkich dookoła.
Zaczęła się walka. Każda z czarownic zaczęła
ciskać zaklęcia w Simona oraz Roseann, jednak ona z łatwością je odrzucała.
Były osłabione, dlatego wymierzały zaklęcia na zmianę, starając się by były jak
najbardziej dokładne i starannie wymierzone.
Nikt nie musiał nic mówić, czarownice wiedziały,
że należy wypełnić plan, który tak skrupulatnie omówiono w Gritmore. Roxana,
Melanie, Nessie i Rick ciągle mierzyli się z Roseann, a częstotliwość i siła
ich ataków rosła z każdą chwilą. W tym samym czasie Damian i Alice zajęli się
unieszkodliwieniem Simona. Było pewne, że dziewczyna pokonałaby go bez
problemu, gdyby nie ingerencja Brendy. Kobieta stanęła przed Simonem, broniąc
go ciałem i mocą przed atakiem Turner. I właśnie wtedy wkroczyła Elsa, która
już od samego początku postawiła sobie zadanie unieszkodliwienie zdrajcy.
Zdrajcy, którym jak się okazało, była jej przyjaciółka.
Walka trwała dobrą chwilę, a szala nie przesunęła
się ku żadnej ze stron. Daniela z rozpaczą obserwowała za wietrzną zasłoną
poczynania przyjaciół i wrogów, nie będąc w stanie nic zrobić, by pomóc. W
pewnej chwili wydała z siebie przerażający krzyk.
Nagle Roseann pociągnęła Melanie do siebie tak, że
zasłaniała swoje ciało jej osobą. Jedną ręką trzymała ją za szyję, dusząc ją, a
drugą w dalszym ciągu odpierała ataki Roxany i Nessie. W tej samej sekundzie,
ze świstem, przez wichurę przeleciała drewniana strzała, zatrzymując się w
brzuchu Melanie. Wydała z siebie pojedynczy jęk i cofnęła się o krok, zanim
upadła na ziemię.
–
NIE! – krzyknęła przeraźliwie Nessie
i w tym samym czasie piorun trafił w ziemię, a trawa zaczęła się palić wszędzie
dookoła.
Wśród czarownic powstało zamieszanie. Alice,
Nessie i Rick, ugasiwszy pożar, natychmiast podbiegli do Melanie. Mężczyzna
podniósł jej głowę i spojrzał z rozpaczą wymalowaną na twarzy.
–
Nie… przejmujcie się… mną – wyszeptała Melanie, a jej głos
był ledwie słyszalny. – Powstrzymajcie… ich…
–
Ciii… – uciszała przyjaciółkę Alice,
ze łzami w oczach patrząc na krew, która wylewała się rany z wbitej w brzuch
strzały. – Nic nie mów.
–
Nie ubierajcie się… – nie zrażała się Melanie, próbując
nie zwracać uwagi na ból – na czarno… na mój… pogrzeb…
Alice zaczęła płakać, kiedy Nessie głaskała po
głowie przyjaciółkę i mówiła:
–
Melanie, nie umrzesz, słyszysz mnie? Nie umrzesz.
Roxana popatrzyła ze zmartwieniem na Melanie, po
czym złapała Alice za łokieć, podnosząc ją z ziemi.
–
Nic jej nie będzie – pocieszyła ją. – Teraz musimy walczyć.
–
Co? – Alice nie wierzyła w słowa
matki. – Jak możesz mi to teraz mówić?!
–
Zaufaj mi – powiedziała stanowczo Roxana,
patrząc szczerze w oczy córki, po czym pogłaskała ją po policzku. – Nic jej nie będzie, obiecuję.
W tym samym czasie pozostałe osoby zaczęły
rozglądać się skąd wyleciała broń i kto był strzelcem. Jednak tylko Daniela,
stojąca na zewnątrz wichru, była w stanie go dostrzec. Oraz jego towarzyszy.
Nie widziała co prawda jego twarzy, jednak kontury
były wystarczające. Spostrzegła stojących niedaleko siebie trzy postaci: dwoje
mężczyzn, sądząc po wzroście i budowie ciała, oraz jedną kobietę, drobniejszą i
niższą, z rozwianymi długimi włosami. Mężczyźni mieli w rękach bronie podobne do kuszy, a
dziewczyna widocznie dzierżyła łuk.
To jeden z mężczyzn wystrzelił strzałę, która
ugrzęzła w ciele Melanie. Właśnie w momencie, w którym Daniela odwróciła się w
ich stronę i ich spostrzegła, dziewczyna zobaczyła i ją, naprężając łuk, by
oddać w jej stronę strzał. Danielę cechowała jednak wysoka zręczność i łatwo
zrozumiała zagrożenie. Gdy tylko broń wystrzeliła, czarownica wytworzyła
ognistą kulę, która spaliła w locie drewnianą strzałę w drobny pył. To jednak
nie powstrzymało atakującej. Zaczynała wypuszczać strzały jedna po drugiej.
–
To Łowcy! – zawołała spanikowana Elsa,
widząc walkę Danieli z dziewczyną z łukiem. Odwróciła się do Ricka, który w
dalszym ciągu trzymał na kolanach głowę Melanie, i posłała mu porozumiewawcze
spojrzenie.
–
Daj spokój, nie mogłaś tego przewidzieć – powiedział czule Rick i gdyby
Melanie nie czułaby w tamtym momencie śmiertelnego bólu, pomyślałaby, że jej
wujka łączy coś z jej najmniej ulubioną czarownicą.
Elsa jednak nie potrafiła wyzbyć się poczucia
winy. Powinna była to przewidzieć. Przecież wiedziała, że jeszcze niedawno
Grece została zabita drewnianym kołkiem w lesie, kiedy szukała Gritmore. To
jednoznacznie wskazywało na to, że w mieście są łowcy, podejrzewający o pobycie
tutaj czarownic. Nadnaturalna burza, wicher i trzęsienie ziemi w lesie nie
mogło pozostać przez nich niezauważone. Od razu musieli przybyć na miejsce, by
zebrać krwawe żniwo.
Choć młodsze pokolenie czarownic praktycznie w
ogóle nie miało pojęcia co to wszystko znaczy i jak wielkie jest zagrożenie,
posłuchały Elsy, co mają robić, nie pytając o nic więcej.
Zaczęła się walka. Daniela ciągle mierzyła się z
łowczynią poza wichrem. Była łatwym celem, jednak dzięki swym umiejętnościom
wspaniale odpierała ataki, dzięki czemu została zraniona tylko w udo. Pozostali
dwaj łowcy, jeden z kuszą ze zwykłymi strzałami, a drugi z kuszą
wystrzeliwującą drewnianymi kołkami, zaczęli atakować wszystkie pozostałe
czarownice. Dzięki wichrowi, który ciągle trzymał je odłączone od świata, łowcy
mieli problem z wycelowaniem broni. Alice i Nessie musiały odejść od Melanie,
pozostawioną z Rickiem, by odpierać ataki i chroniąc pozostałych. Elsa i Roxana
zaczęły atakować Simona, któremu na pomóc przybyła Brenda. Chcieli dotrzeć do
Roseann, która nagle przestała brać udział w bitwie
–
Odsuń się – powiedziała Elsa do Brendy. – Jeszcze możesz wszystko naprawić!
Kobieta jednak nie odpowiedziała. Wycelowała
zaklęcie w Elsę wystarczająco silne, by zachwiała się, tracąc równowagę.
I właśnie w tym momencie Roseann zerwała z ręki
zegarek i wrzuciła go do naczynia wiszącego nad ogniem.
Huk jaki powstał, powalił wszystkich na ziemię
prócz Czarnej Czarownicy. Bariera wietrzna nagle znikła, ustępując miejsca
jeszcze większej burzy, niż była dotychczas. Roseann zaczęła ponownie mówić
zaklęcia jakimś przerażającym językiem, kontynuując rytuał. Z jej nosa zaczęła
płynąć krew, a jej ciało trzęsło się z każdą chwilą coraz bardziej.
Niebawem zaczęli podnosić się wszyscy, łącznie z
Heraldem, który wybudził się z zaklęcia Elsy. Teraz nie było żadnej bariery z
żywiołu, który mógłby przeszkadzać w wycelowaniu strzał i kołków w czarownice.
Ciągle było ciemno, dlatego nie można było odróżnić mężczyzn po wyglądzie,
jednak mimo tego wiadome było, który z nich zaatakował celnie po raz pierwszy.
Ten, który dzierżył większą kuszę wycelował w podnoszącą się z ziemi kobietę,
która miała wystarczająco siły, by podnieść się jako pierwsza. Drewniany kołek
przebił jej serce, zanim ktokolwiek zdążyłby zareagować.
Krzyk Danieli ponownie przebił powietrze. Choć
straciła podziw dla babci, widok jej ciała, przebitego na wskroś, wywołał w
niej rozpacz. Nie słyszała nawet, że wokół niej znowu latają strzały, a jej
przyjaciółki ponownie wkroczyły do walki z łowcami. Chciała tylko zobaczyć
twarz babci po raz ostatni.
Gdy tylko się schyliła, cofnęła się. Jej rozpacz
zamieniła się w wściekłość. Widok szeroko otwartych oczu babci, które już nigdy
nie spojrzą na nią z dumą i radością, spowodował u niej poczucie
niesprawiedliwości.
Odwróciła się niedługo przed tym, jak kolejny
kołek wystrzelił w powietrze. Bez zastanowienia uniosła dłoń i skierowała go w
stronę osoby, której powstrzymanie jest najbardziej cenne. Roseann.
Kobieta
była w połowie zdania, kiedy drewno ugodziło ją w plecy. Ciało
czarownicy opadło na ziemię.
Tym razem krzyknął Simon, jednak jego głos został
zagłuszony przez huk, jaki postał przez powstrzymanie zaklęcia. W tym czasie
Daniela stała w bezruchu wpatrując się w ciało Roseann, którą zabiła; Rick
podniósł z ziemi ciało Melanie, by jak najszybciej sprowadzić ją do szpitala;
Nessie łamała z trzaskiem kuszę mężczyzny, który ugodził jej przyjaciółkę; Elsa
z wbitą do ramienia strzałą, atakowała Heralda, który zaatakował ją od tyłu;
Roxana dusiła łowcę z kuszą z drewnianymi kołkami; Damian wzmacniał moc każdej
z czarownic kolejno, a Alice właśnie pokonała łowczynię. I właśnie wtedy, zanim
zdążyła się odwrócić, Turner poczuła ostrze noża, które nagle przetarło głęboko
jej szyję.
Początkowo nikt tego nie zauważył. Simon,
wykorzystując sytuację podbiegł do ognia i wrzucił nóż z krwią Alice do
naczynia, które ciągle jeszcze wisiało nad ogniskiem. Zaczęły unosić się z
niego czarne dymy i wydawać z niego przerażający syk. Mężczyzna bez wahania
dorwał do ręki naczynie i wypił całą jego zawartość.
Początkowo nie stało się nic. Dopiero po sekundzie
poczuł palącą go od środka moc, powodującą w jego ciele przerażający ból.
Kiedy Alice wydała ostatnie tchnienie, Roxana
upadła na mokrą glebę.
_________________________________________
Wreszcie dodałam przedostatni rozdział! Obiecywałam dużo akcji i śmierci i tak się też stało. Choć osobiście nie jestem z niego w stu procentach zadowolona (wolałabym bardziej obrazowe opisy), ale mam nadzieję, że się nie zawiedliście. Piszcie co o tym wszystkim uważacie!
Wiem, że prawie wszystkie osoby, które przeczytały moje rozdziały podejrzewały, że zdrajcą jest albo Roxana albo Elsa, jednak tak się nie stało! Chciałam troszeczkę Was przechytrzyć, podsuwając odpowiednie argumenty na wyżej wymienione, zakrywając tym samym prawdziwą zdrajczynię. Zaskoczeni? Pozytywnie czy negatywnie? (Powielam pytanie co do uśmiercania bądź zranienia danych osób) :D
Co do Łowców, planowo mieli pojawić się w II części, ale jak wiecie ona nie powstanie, dlatego wpisałam ich tutaj. Wyjaśniła się sprawa, kto zabił Grece, o co Bryantowie podejrzewali Elsę i innych. Łowcy troszeczkę zamieszali, ale z nimi rozdział bardziej mi się podoba! Jest taki zwrot akcji :D
Co do Łowców, planowo mieli pojawić się w II części, ale jak wiecie ona nie powstanie, dlatego wpisałam ich tutaj. Wyjaśniła się sprawa, kto zabił Grece, o co Bryantowie podejrzewali Elsę i innych. Łowcy troszeczkę zamieszali, ale z nimi rozdział bardziej mi się podoba! Jest taki zwrot akcji :D
Pozostała jeszcze kwestia końcówki. Wiem, że jest niejasna, jednak mam nadzieję, że w następnym rozdziale wszystko Wam się poukłada w głowach. Dotyczy to przede wszystkim co zrobił Simon, czy udało mu się uwolnić zaklęcie i rzucić je na siebie oraz dlaczego Roxana zemdlała w ostatnim zdaniu. Cierpliwości! :*
Jak już pisałam wszystko będzie w następnym - ostatnim już - rozdziele. Będzie jeszcze epilog, ale on będzie już taką wisienką na torcie. Miejmy nadzieję.
Pozdrawiam wszystkich wytrwałych! :*
Dobra, miałam już prawie gotowy komentarz, ale musiałam coś niechcący kliknąć i go usunęłam :/ I dlatego nie skomentowałam w środę, tylko aż dzisiaj. Bo drugi raz już nie miałam cierpliwości go kleić, a teraz chyba nawet mam wenę xD
OdpowiedzUsuńJak ty mogłaś wybić tyle osób, co? Kto Ci dał takie pozwoleństwo (ja rozumiem, że jesteś autorką, ale mimo wszystko!)! Ja tu omal nie umarłam, wiesz? Ale jedno muszę przyznać, kicia! W życiu bym nie powiedziała, że to Brenda będzie zdrajczynią. Wydawała mi się taką poczciwą staruszką, której najbardziej zależało na dobru ukochanej wnuczki, a Ty zrobiłaś z niej taką zołzę xD naprawdę do końca byłam pewna, że to będzie Elsa!
No i Ci łowcy... Przyznam, że może chociaż to nie do końca oryginalny pomysł (bo w końcu zwykle gdzie motywy wampirów i wilkołaków, tam i łowcy) to bardzo ciekawy i podoba mi się! I to, ze byli wrogo nastawieni do naszych czarownic! Ale osobiście mam nadzieję, że oni też nie wyjdą z tego cało! Należy im się nauczka za to, co zrobili! Może i czarownice, ale przede wszystkim ludzie, a łowcy najwyraźniej się z tym nie liczą!
A co do tych uśmierconych... Stawiałam, że pozbędziesz się Elsy, może Jaspera i Damiana, ale nie Alice i Melanie! Chociaż Elsa zapewniała, że ta druga przeżyje, to wydają mi się to zwykłe pocieszenie, bo w rzeczywistości pewnie nie ma na to najmniejszych szans :/ A ja naprawdę lubiłam obie te bohaterki. I ja rozumiem, że to koniec, ale mogłaś ich jedynie skrzywdzić, pozbawić mocy, sama nie wiem, no! Ale tak jakoś mi teraz źle jest :/
Tak czy owak czekam na kolejny! Mimo wszystko mam nadzieję na jakieś szczęśliwe zakończenie xD